Wednesday, December 19, 2007

Polish Cuisine - Barszcz z uszkami *)

Dziś, z cyklu "przysmaki kuchni polskiej": Barszcz z uszkami *) !

*) Barszcz z uszkami (Borscht with "ears") -
refreshing beetroot soup with small dumplings called "ears"...

Thursday, December 13, 2007

Wygraliśmy !!!

No to żeśmy kurcze pieczone dali w kość i psiakrew wygraliśmy niespodziewanie kamerę. Dumny jestem jak pomnik Lenina. Mój human jak to mój human - męczy ciągle mnie jakimiś filmidłami i każe mi za aktora robić (czy mi się to podoba czy nie - przemilczmy)... Ale jak się okazuje nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Wysłałże ci on nasze ostanie wspólne arcydzieło pt. "Designed For an Action" na przypadkiem znaleziony łepsajt (www.seemypetcam.com) a widzom tak się to spodobało że w zorganizowanym prze ten rzeczony łepsajt konkusie wygraliśmy śliczną, specjalnie dla zwierza przystosowaną kamerkę przez którą będzie można mnie oglądać wkrótce na żywca niemalże przez całą dobę jak se śpie (chociaż znając ludzkie potrzeby to jeszcze nie wiadomo kogo będzie można oglądać......) No, nie ważne. Jak mój human znajdzie troszkę czasu i poradzi sobie z tą całą techniką to damy znać.
Dziwi mnie jedno - czemu na pudełku od kamery wydrukowali kota... hmm...
Narazka

Monday, December 10, 2007

Stamp

Ulegając wielokrotnym prośbom a nawet naciskom ze strony USPS wyraziliśmy w końcu zgodę na wykorzystanie mojego szanownego wizerunku w nowej edycji znaczków pocztowych na rok 2008.
Na pierwszy ogień poszedł mój zgrabny tyłek... Ostrzegam jednak że mam jeszcze kilka innych walorów gotowych do wykorzystania. Wystarczy na następnych kilka lat...

Yielding to multiple personal requests, as well as to relentless pressure from the USPS, I agreed to allow the use of my admirable effigy on a new series of stamps scheduled for release in 2008. Naturally, the first shot will be of my well-sculpted buttocks. Be warned, however, that I have many more body parts to exhibit... There should be enough eulogizing images of me to keep the series going for at least the next couple of years.

Wednesday, December 05, 2007

Postcards

Nie, nie żartuję. To pode mną to pocztówki które wydrukowały się w drukarni... nie żartuję... No cóż, jak już są, to będziemy je teraz musieli rozesłać...
Proponuję każdemu kto chce otrzymać tę śliczną pocztówkę z moją mordą (niezależnie od tego w jakim kraju mieszka, jakiego jest wyznania, jaką opcję polityczną reprezentuje a równiez niezależnie od tego czy jest człowiekiem czy zwierzęciem) żeby wysłał mi swój adres (pocztowy) na ten oto e-mail [badzielec@ashacarpets.com]
Pozdrawiamy!
(prosze tylko nie zostawiać adresów w komentarzach bo to niedobry pomysł...)

This is not a joke. I really am standing on hundreds of postcards which Tomek ordered from the print shop… Again, I'm not kidding.
Well, seeing as they're postcards, they should really be sent out. I have a proposition: anyone who wants to receive one of these lovely postcards (regardless of what country they live in, or of their religious beliefs, or of their political stance, and without distinction between human and animal) should e-mail [badzielec@ashacarpets.com] me his mailing address. (Please don’t list personal addresses in your comments –it’s just not a good idea…)

Friday, November 30, 2007

Censored

W ostatni weekend, uroczyście odbylo sie tradycyjne, doroczne skanowanie mojego podwozia. Ja osobiście za tym procederem nie przepadam ale znoszę go w imie przyjaźni i szeroko pojetego porozumienia międzygatunkowego...
(Niestety nie możemy udostepnić oryginalnych materiałów ze wzgledu na bardzo rygorystyczne prawo amerykańskie dotyczace publikacji tego typu zdjęć - skany zostaly więc objete wewnetrzną procedurą cenzury)
PS.
"Żadne zwierze nie ucierpiało podczas produkcji tego posta"

Last weekend I was subjected to my annual body scan. To be honest, I’m really not crazy about this procedure but I tolerate it in the name of good will and inter-species camaraderie. (Due to strict governmental guidelines regarding the publication and dissemination of lewd imagery I, quite unfortunately, cannot make the original scans available to you. The scans featured above have been censored)
PS.
"No animals were hurt during production of this blog post"

Monday, November 26, 2007

Stężenie plastiku...

Muszę przyznać że ostatnimi czasy bardzo zasmakowałem w potrawach z plastiku. Polecam polipropylen i polietylen. Inne gatunki tworzyw sztucznych również nadają się do spożycia choć na razie dopiero z nimi eksperymentuje.
Smacznego.

Saturday, November 24, 2007

Stężenie marchewki...

Przyznaję się bez lania że w dniu 11-21-2007 r. późnym wieczorem, cichaczem zżarłem pół półmiska pieczonej marchewki, squasha i red potatoes przygotowanych na thanksgiving przez państwo.
Ale przecież mogli nie zostawiac tych dóbr do ostudzenia poza zasiegiem ich wzroku i na dodatek na wysokosci moich kolan... (to naprawdę niewysoko...) Co nie? Tak że winą za to wydarzenie nie należy obarczać tylko mnie. Nastepnego ranka stężenie marchewki w moim organiźmie przekroczyło punkt krytyczny co objawiło sie wykonaniem dwóch ogromnych pomarańczowych "marchewek" (zeby nie powiedzieć dwóch ogromnych pomarańczowych... ech... zamilczmy już lepiej...)
W celu odwrócenia uwagi ilustruję powyższe przyznanie się do winy zdjęciem z Krakowa.


Dobranoc Państwu.

Tuesday, November 20, 2007

Thursday, November 15, 2007

Rentgen (The X-Ray)

Jak mnie ostatni nowy weterynarz przeskanował rentgenem na okresowych badaniach to najpierw upadł zemdlony na podłoge gabinetu a potem poprosił pielęgniarkę o szybkiego drinka ze spirytusu z woda destylowaną. Dopiero po trzech szklankach doszedł na tyle do siebie że zdołał wyartykułować jakieś niezrozumiałe dźwięki. Najpierw haotycznie zaczął wydzwaniać do znajomych lekarzy ale i tak nikt nie rozumiał jakież to doniosłe wydarzenie pozbawiło go głosu. A jak kazał sekretarce żeby połaczyła go z NASA to Tomek spokojnie zapiał mi obróżkę i opusciliśmy ten dziwny gabinet bez słowa i żalu. Trudno, trzeba bedzie poszukać jakiegoś normalnego lekarza...

Immediately after my new vet took an x-ray of me, he lost consciousness and fell to the floor of the examining room. When he revived, he asked his assistant for a stiff drink made of spirits and distilled water. It took three of these drinks for the vet to begin speaking again, but he still wasn’t speaking coherently. He called a few of his colleagues on the phone but nobody understood the magnitude of the event which had taken place in the examining room that day. When the vet asked his assistant to connect him to NASA, Tomek reached for my collar and put it on my neck. We then slowly left the odd examining room. We are now on a quest to find a more normal vet…

Tuesday, November 13, 2007

Śmigiełko

Normalnie, chojna natura wyposażyła mnie w śmigiełko na łepetynie. I dobrze. Jak mam juz dość wszystkiego odłączam se łepetynę od korpusu, śrupki wtykam pod kocyk (korpusik zresztą też) i unoszę się jak jaki helikopter... a jak okno jest otwarte - fruu na miacho. Polatam se tu i tam, dotlenię fałdy mózgowe poglądam wszystko z góri od razu czuję się lepiej... Najważniejsze żeby mi tylko okna kto nie zamkną bo mogłaby być afera... Jak wrócę - śrupki wkęcę, śierść zaczeszę na szyję i udaje że nic się nie działo... I tak to wygląda.
Acha, tylko cichutko, zeby Tomek się nie dowiedział...

Friday, November 09, 2007

Hair

O swoją sierść chyba dbam najbardziejej troskliwie (porównując z dbaniem o zęby czy paznokcie). Może dlatego, że porasta dużą powierzchnię mojego ciała...? No nic... więc zaczynam od nałożeniana na suchą sierść olejku "Secrets of India" firmy Avon. Po półgodzince myję najpierw Dermeną na wypadanie (moja sierść rośnie po Deremnie o wiele szybciej), potem szamponem pielęgnacyjnym (ulubiony to Oleo-Relax Kerastase). Potem maska regenreująca profesjonalnego L'Oreala albo Masquintense Kerastase. Co drugie mycie nakładam jakaś lżejszą odżywkę np. do sierści żółtej Schwarzkopf Professional. Kiedy sierść jest już podsuszona, nakładam odrobinkę kremu "Chroma Protect" Kerastase - nadaje połysk, likwiduje puszenie, odżywia końcówki. Ostatnio staram się nie używać pianek, lakierów, żeli, i innych stylizatorów - daję sierści od nich odpocząć. Wiem, że gdyby nie te starania to moja sierść wyglądałyby po prostu strasznie...

Na załączonej fotografi przedstawiam moje tzw. "Białe Gniazdo Piersowe" - centralne miejsce z którego na wszystkie strony świata promieniście rozchodzą się moje kłaki...

A jak Wy dbacie o sierść? Może dowiem się czegoś ciekawego...
pozdrawiam

Tuesday, November 06, 2007

Twin Peaks - The True Tale...

Swego czasu, w latach burzliwej młodości, dałem się namówić na występy w kilku serialach telewizyjnych. I to nie w jakichś tam "Plebaniach" czy "M. jak miłość" tylko w poważnych przedsięwzięciach firmowanych przez najwieksze znakomitości kina. Apogeum mojej kariery aktorskiej to rola Jamesa Hurley'a w serialu Twin Peaks Davida Lynch'a (David równy gość - z niejednego sklepu żeśmy ser jedli... ech panie...) Niestety, po protestach Towarzystwa Przyjaciół Zwierząt bidny David musiał wszystkie sceny ze mną powycinać i od nowa kręcić... Ja muszę przyznać że żadne zwierze nie ucierpiało podczas kręcenia filmu. No, moze parę much które udało mi się złapać na planie. Natomiast najbardziej ucierpiał Lynch bo musiał pół filmu od nowa kręcić... Poniżej przedstawiam jedyny zachowany fragment filmu z moim udziałem który uratowałem przed inkwizycyjną siłą rzeczonego Towarzystwa uprowadzając go w zaciśniętych zębach w siną dal...

video

Friday, November 02, 2007

China 2007

NiHao. Dziś krótki fotoreportaż z krótkiego pobytu w ChRL. Jak zwykle szaro i do zada...





Podziękowania dla wója Mirona za piękne fotografie.
CajDzien.

Tuesday, October 30, 2007

Operation Desert Storm

Jak żeśmy uczestniczyli w operacji Pustynna Burza gdzieś w 1990 r. w Zatoce, tośmy se robili z Tomkiem zdjęcia noktowizorem w namiocie.
Dla podtrzymania morale.

Thursday, October 25, 2007

Ha, ha, hi, hi, ha, ha, hi, hi...

Nadmieniam stąd iż jestem bardzo zadowolony z obecnej sytuacji.

Ale byłbym jeszcze bardziej zadowolony gdybym mógł
sobie sięgn
ąć jezykiem do ucha...
Dobranoc Państwu.

Tuesday, October 23, 2007

Canada 2007

Czymże ja sobie sobie zasłużyłem na to żeby mnie do Kanady wywozić...? Znaczy się Duplikat... Chociaż bardziej na miejscu byłoby użycie słowa "KLON". Wiec w tej Kanadzie prawie cały czas musiałem się zajmowałem się żeglugą śródlądowa. Niemalże się rozkleiłem od wilgoci i zimna... Było naprawdę miło, ale okazało się że to jednak nie dla mnie taka zabawa na wodzie. Jak dla tego studenta:

"Wie pan u nas był taki student...
Panie, student... Po geografii. No i co.
Sympatyczny nawet...
Ale nie, panie, na wodzie to...
To trzeba, rozumie pan... Mieć...
Aaaa..."

Photos: Diana Dyjak Montes de Oca. Dziekujemy Mezcalito!

Saturday, October 20, 2007

Dziś: prasówka.

Badzielec
był głównym
bohaterem
wieczoru...


Nic psiakrew dodać,
nic ująć...

Wednesday, October 17, 2007

"BKBwMZ"

"Opadł kurz po wernisażu" (jak słusznie zauważył Zimka) wiec ostrożnie ułożyłem swoje ciało na kanapie i począłem rozmyślać o błękicie... (z racji błękitnej narzuty na której leżałem...) Po niejakim czasie postanowiłem pogłębić swoją wiedzę na temat tego koloru i zajrzałem po cichu do Wikipedii z której dowiedziałem się co następuje:
"Błękit to związek chemiczny, minerał, pigment lub barwnik o niebieskiej lub zbliżonej do niebieskiego barwie."
I dalej ciurkiem wyszczególnienie:
- błękit alizarynowy
- błękit berliński (odmiana błękitu żelazowego)
- błękit bromofenolowy
- błękit bromotymolowy
- błękit Coomassiego
- błękit górski
- błękit indygo, inaczej błękit indygowy
- błękit kobaltowy
- błękit królewski
- błękit metylenowy
- błękit molibdenowy
- błękit miedzi
- błękit Milori (odmiana błękitu żelazowego)
- błękit paryski (odmiana błękitu żelazowego)
- błękit pruski (odmiana błękitu żelazowego)
- błękit Thenarda (błękit kobaltowy)
- błękit Turnbulla (odmiana błękitu żelazowego)
- błękit tymolowy
- błękit ultramarynowy
- błękit wolframowy
- błękit żelazowy...
No to ciekawe bo ja rozróżniam jeszcze jeden rodzaj błekitu: - Błękit Krwi Buchającej w Moich Żyłach - w skrócie BKBwMŻ.
Dziękuję za uwagę

Friday, October 12, 2007

The Great Exhibition - "Kawiarnia Prowincjonalna" - Nowy Sacz

"I znów nieprawdopodobieństwo stało sie rzeczywistością" mógłby napisać świętej pamięci Bohumil Hrabal ale juz niestety nic nie napisze... A stało tak: w piątek o godz. 18.00 czasu lokalnego środkowoeuropejskiego w "Kawiarni Prowincjonalnej" (zwanej dalej "KP") w Nowym Sączu rozpoczął się wernisaż wystawy zdjęć co mi Tomek robi i mnie tym przeważnie wkurza bo czasem wymaga za dużo ode mnie jako od modela... a bo ciągnie mnie po dachach jak jakiegoś nie przymierzając kota albo każe żółwia ujeżdżać albo mnie budzi jak spię albo inne jeszcze sytuacje mają miejsce o których już nie wspomnę... ale, ale - wracajmy do tematu czyli sedna czyli do klu. Wystawę wymyślili i zorganizowali Monika z Zimką i jest częścią festiwalu fotograficznego "Widzi się". Czwartego już festiwalu. Bardzo im za to dziękujemy bo sami byśmy chyba na taki pomysł nie wpadli. Przynajmniej ja na pewno nie... Prze kilka bitych godzin od rozpoczęcia wernisażu, dzięki wyrafinowanej technologi komunikacyjnej (GG) mielismy kontakt z uczestnikami wieczornego spotkania w "KP" z którymi wymienialismy poglądy polityczne, prowadziliśmy dyskusje filozoficzne i stukaliśmy się wirtualnie napojami. Uczestnicy raczyli się więc trunkami i w tym samym czasie symultanicznie obsługiwali komputery co nigdy nie przynosi nic dobrego... Zapis tej wielogodzinnej wymiany zdań istnieje ale do szerszej publikacji się niestety nie nadaje. Pod koniec wieczoru uczestnicy rałtu zaniechali z wiadomych przyczyn dalszej komunikacji. Po prostu już nie mogli. Zarówno nasza wymiana zdań jak i historyczne fragmenty bloga dzięki wyrafinowanej technologi wizualnej (projektor) wyświetlane był na dużym ekranie żeby wprowadzić jeszcze większy zamęt... Ludzka to rzecz... Wszyscy przeżyli.

"Na mój dusiu!" (jak mawiają owczarki) nawet anons w prasie lokalnej się ukazał wraz moją podobizna w technicolor... aż mnie z moich krótkich nóżek zwaliło jak to zobaczyłem...

Jezeli ktos nie moze byc obecny w "KP", >>tutaj<< moze zobaczyc mniej wiecej zawartosc wystawy...
www.prowincjonalna.com

Thursday, October 11, 2007

Mt. Washington & Oktoberfest

Państwo wybrało się w weekend na Mt. Washington i jak widać na załączonym obrazku zabrało ze sobą tylko mój duplikat... I dobrze ! - ja w tym czasie (wypożyczony Mironowi) załapałem się na Oktoberfest. Pasuje ? Mnie tak. Po imprezie ostała się niestety tylko Czapeczka...

Tuesday, October 09, 2007

Poland 2007

O cię florek... Jak się okazuje, podczas podróży mojego duplikatu do Polski zapoznałem się całą rzeszą (nie trzecią) mieszkańców tego kraju którzy chętnie pozowali ze mna do zdjęć w różnych sceneriach. Okazuje się również że zostałem "maskotką" (brrr... co za słowo... ale muszę niestety go użyć) jednej z lokalnych drużyn piłkarskich. Zwiedziłem Wrocław, Kraków, Nowy Sącz i okolice... Brałem czynny udział w licznych imprezach sportowych i rozrywkowych... Chciałbym podziękować Asi i Waleremu za piękne zdjęcia duplikatu i pozdrowić wszystkich którzy zechcieli się ze mną sfotografować: Waleremu, Patrycji, Mamie, Pacanowi, Zimce, Legutom, Toporom, Armii, Ani, Danielowi i Angelice, Wladkowi, Oli, Mirze, Tosiowi, Zygmuntowi, Filipowi, Jagusi, Pani Zygmuntowej, Przemkowi, Jarkowi, Miłoszowi, Jurandowi, Killerowi, Ewci, Xerowi, Pawłowi i innym których imon już nie pomnę... Pozdrawiam.

Sunday, September 30, 2007

Zjeżenie

Bardzo mnie psiakrew złości jak kto sie za bardzo zbliża do mojej kości.
Włos na zadzie mi się wtedy jeży
Jakoby kolce na krzaku w malinowym chruśniaku...

Wednesday, September 26, 2007

Hybrydzielec

No i wyszło szydło z worka. Prosze się do mnie od dziś nie zwracać per: "kundel" lub nie daj boże "mieszaniec" - ja jestem HYBRYD - czyli osobnik powstały w wyniku skrzyżowania dwóch organizmów rodzicielskich należących do odrębnych taksonów. Proszę zapamiętac to słowo raz na zawsze. Co z tego skrzyżowania wyszło to wyszło... ale wyszło...
Pozdrawiam.
Hybrydzielec.

Saturday, September 15, 2007

Biegunka

W kwestii biegunki rozróżniamy dwa rodzaje biegunki: biegunkę właściwą oraz biegunkę poboczną (użyteczną) wykorzystywaną w wypadku zaistnienia biegunki właściwej. Obie biegunki najcześciej więc występują jednocześnie i nawzajem się uzupełniają. Zalezność jest taka że biegunce właściwej prawie zawsze towarzyszy biegunka poboczna natomiast biegunce pobocznej niekonicznie musi towarzyszyć biegunka właściwa. Choć może. Na załączonym dagerotypie Państwo zauważą uprzejmie mnie w czasie okresowych ćwiczeń biegunkowych (paradoksalnie również "antybiegunkowych") wykonywanych skrupulatnie i zapałem w okolicach pobliskiej tajnej bazy Waste Management. Poprzez regularne ćwiczenia pragnę utrzymać swoje ciało w dobrej kondycji fizycznej aby zawsze być z przodu gotowym a z tyłu zwartym w wypadku zaistnienia podmiotu omawionego tematu. Taki już jestem...
Dobranoc Państwu.

Sunday, September 09, 2007

Peru 2007

Witam po wakacyjnej przerwie - właściwie to ja nie miałem wakacji tylko moje państwo miało wakacje. Ja miałem tylko od nich wakacje jakby...
Dziś w fotograficznym skrócie krótkie fotograficzne sprawodzanie z podróży mojego Duplikatu
do Peru co go Tomek wykonał i zabrał ze sobą żebym trochę świata zobaczył oczyma duplikatu mojego.
A więc:

Niespodziewane lądowanie w Hondurasie... (nikt nie spodziewał się też hiszpańskiej inkwizycji...)

Spodziewany Przystanek w El Salvador...

– My z kolegą, często wędrujemy w powietrzu samolotami. A pani? Jak się czuje, pani Regino, w powietrzu?
– Całkiem, nie powiem. Całkiem możliwie.

Na Plaza de Armas w Limie

Mój pierwszy kontakt wzrokowy z Pacyfikiem.

Cordillera Blanca - Ishinca Valley. W tyle Tocllarayu-6031m.

Cordillera Huayhuash - Caliente Valley z przełęczy Cacananpunta-4690m.

Cordillera Huayhuash - Punta Cuyoc-4995m. W tle Yerupaja-6617m., Siula Grande-6344m.

Cordillera Huayhuash - Jahuacocha Valley. W tle Rondoy-5970m., Jirishanca 6094m., Yerupaja Chico-6089m., Yerupaja-6612m.

video
Na koniec bonus dla miłośników folkloru.
Pa.

Wednesday, August 15, 2007

Trzy Korony

Jak się temu mojemu chłopu (znaczy mojemu humanowi) ckni za macieżą to se idzie on czasem na róg do "Sombrero Deli" i kupuje trzy butelki cervezas a potem je ustawia i przymiarki robi jakby co najmniej Pieniny chciał w nich zobaczyć. I te pieniny w końcu się mu jawią ale dopiero w szkalnce jak się cerveza spieni. Ja jako badzielec to tego żółtego nie pije chociaż i kolor mi pasuje a i kolega Owczarek bardzo poleca ten napój... może kiedyś spróbuję, a może i nie spróbuję - to się dopiero okaże. Na razie preferuję mleczko. I olej.

Friday, August 10, 2007

Make your own duplicate of Badzielec

Szanowne Państwo. Dziś "Mały modelarz".
Każdy kto z was zechce może se wykroić mój statyczny duplikat z tektórki. Jak kto wytrwały to może wykonać duplikat samobieżny (dynamiczny) - trzeba tylko przypiąć dwie pary nóżek a la Yogi Bear za pomocą jakich pinezek a pinezki zabezpieczyć z tyłu za pomocą koreczków albo wykorzystać co tam Państwu w rękę wpadnie. Później już można sobie mną spacerować po fotelu lub po osobistej kanapie.
Oto dla przykładu mój duplikat dynamiczny który wykroił kiedyś Tomek.
A oto link do pliku .pdf z gotowymi elementami mojego duplikatu do wydrukowania z instrukcją.
Można również wykorzystać powiększony powyższy dagerotyp.
Jeżeli ktoś się zdecyduje na wykonanie duplikatu z ogromną przyjemnością zobaczę efekt jego działań w jakiejkolwiek formie...
Pozdrawiam i życzę owocnego wykrawania! (jak się komuś chce oczywiście)
Bady

Tuesday, August 07, 2007

Pies na ser...

Co tu dużo gadac - jestem pies na ser. Na przysłowiowe "baby" nie jestem i i nie będę z wiadomych względów... Prawda jest taka że jak poczuję trochę Jarlsberga, Goudy czy nawet importowanego Podlaskiego to mnie hipnotyzuje na miejscu... można ze mną wszystko - można mnie nawet przekonać żebym na dwóch łapach chodził, żebym podskakiwał, popiskiwała oraz klaskał uszami w takt muzyki Wagnera... I nic na to nie poradzę... Oczy mi się wtedy szeroko otwierają i rozświetlają jak świeczki w dzień zaduszny, mięśnie mi tężeją a na moim wspaniale wyćwiczonym brzychu ukazuję się obraz kaloryfera. Do mordy przykleja mi się tajemniczy uśmiech a la Mona Lisa...
Jest ponoć w dalekim kraju takie przysłowie: "Śmiać się jak głupi do sera" - coś w tym jest... tylko dlaczego głupi ?

Friday, July 27, 2007

Escape from New York

Ten ząb co go tu nie ma a powinien być - bo był, ale go już nie ma, to uciekł z paszczy w popłochu jak nadarzyła się tylko okazja, a nadarzyła się bo się rozchwiał. Zrobił to już dawno temu ale mimo to wciaż go tam nie ma. Uciekł bo domniemany straszny zapach go wygonił z mojej paszczy który to zapach jest podobno straszny ale nie straszny taki dla mnie on jest. Nie wiem po co całe to zamieszanie w okół tego zapachu którego prawdopodobnie i tak nie ma bo go nie czuję a tym samym nie odczówam że on jest straszny ten zapach. Ząb wspomniany wydostał się on upstate NY via Williamsburg Bridge - potem FDR, GW Bridge, Palisade Parkway aż do Thruway'u i tyle go widziano tego zęba... podobno, ale podreślam że podobno pojawił się on aż w Kanadzie jak dalej uciekał, ale ta wiadomość sprawdzona nie jest jeszcze...

Monday, July 23, 2007

Skateboarding

Widziałem gdzieś na jutubie takiego jednego badzielca co na desce zapyla to i ja postanowiłem sobie że wypróbuje też. Jak deche mi Tomek od Mirona pożyczył (bez jego wiedzy...) to kazałem się wywieźc na jakiś half-pipe co by pokazać towarzystwu jak się jeździ. A że half-pipe'u nie było żadnego pod ręką to pojechaliśmy na spacerek... Po spacerku i kilkuminutowej rozgrzewce okazało się że potrafię wykonywać bezbłędnie na desce: potrójny axel, podwójny toeloup, podwójny rittberger, wybicie z krawędzi i z ugiętego kolana nogi pracującej, Spiralę Śmierci... skok do piruetu siadanego ze zmianą łapy w trakcie kręcenia piruetu, piruet-wagę, salto w tył i sekwencję w kształcie krzyżującej się serpentyny... Elementy te mogę wykonać w takt muzyki w czasie nie przekraczającym 2 minut. Na razie nie mam partnera ale jak sobie znajdę to zamierzam wykonać publicznie na desce walc wiedeński, walc gwiaździsty, passodoble, rumbe i tango argentyńskie.
Na zime poproszę Tomka żeby mi jakieś figurówki skombinował...

Skateboarding Bulldog

Thursday, July 19, 2007

...i po bitwie.

Witajcie. Dziś dopiero się przebudziłem na dobre. Rankiem, dnia następnego po wielkiej bitwie strasznie mnie ciągnęło do kwaśnej strawy i wilgoci w płynie. Spożyłem więc słoik marynowanych grzybków, popiłem kwasem spod ogórków i ponownie zapadłem w stan błogiego letargu na dni cztery. Cośmy się nabiegali! Ech... szkoda gadać. Trochę kłaków mnie obce wojskowi powytargiwali ze grzbietu. Ale nic to - fan był jak tralala...
W związku z tym (jak już wspomniałem w jednym z komentarzy) aby nie dać zemrzeć tej nowo narodzonej świeckiej tradycji rozpoczęliśmy wstępne logistycznie przygotowania do kilku następnych inscenizacji:.
W rachubę wchodzą:
1) Potop Szwedzki
2) Szarża Pod Samosierrą
3) Obrona Westerplatte
4) Odsiecz Wiednia
W późniejszym terminie: Studzianki, Waterloo, Midway a może nawet Stalingrad... a co... czemuż by nie?...
Jakieś inne propozycje?

Idę się położyć...

Sunday, July 15, 2007

Bitwa (Grunwald 1410 - Brooklyn 2007)

W dniu 15 VII roku pańskiego 2007 odbyłą się zaplanowana inscenizacja Bitwy Grunwaldzkiej w parku McCaren, Brooklyn, NY 11222. Na początku od razu zazanaczę że tradycyjnie Polacy i sprzymierzone wojska pokonały w bitwie zakon krzyżacki.

Wojska zebrało się kilkadziesiąt tysięcy w pełni uzbrojonego i najedzonego (jak się później okaże - były wyjątki). Wojsko uzbrojone przybyło m.in. w korbacze, miecze jednoręczne i dwuręczne, topory i co tam kto przytaszczył. Obie armie dysponowały też bombardami. Miecze, dla bezpieczeństwa, były tępe. Na potrzeby bitwy wykonano kopie chorągwi krzyżackich na podstawie Banderia Prutenorum Jana Długosza.
W skrócie: przed bitwą tradycyjna lampka wina, potem dwa nagie miecze bez pochew, następnie odtrąbiono sygnały do boju, całe wojsko królewskie zaśpiewało donośnym głosem "Bogurodzicę", a potem, pochylając kopie rzuciło się do walki rozpoczynając regularna rzeź (bezkrwawą). Na krótką chwilę przed samym rozpoczęciem bitwy spadł lekki i ciepły deszcz, który zmył kurz z końskich kopyt. Znaczy się psich łapek. Rycerstwo spotkalo się z wielkim zgiełkiem i niezmiernym pędem i wzajemnymi ciosami razić się poczęło. Siekania i ćwiartowania nie było widać końca...


Warto tutaj wspomnieć o kilku incydentach które wydarzyły się podczas potyczki. A to: przybyłe aż z Brighton Beach Chrągwie Litewskie i Rusini pod dowództwem (nie wiedzieć czemu) chorążego krakowskiego, rycerza Marcina z Wrocimowic herbu Półkozic, dziwnym zrządzeniem losu zaraz po rozpoczęciu bitwy tak bardzo zgłodnieli że wymkneli się cichcem (w sile 6 tyś. żołnierzy) na lunch do Tamarin Cafe gdzie zamówili 6000 porcji Tom kha kaï soup to stay (sic!). Na poniższym dagerotypie widzimy zgłodniałych mężów przemykających Drigs Ave. w kierunku restauracji.

Chciałbym zaznaczyć że właściciele innych, licznych, powiem więcej - okolicznych jadłodajnie ze względów bezpieczeństwa na czas bitwy pozamykali bramy na wielkie kłódziska.

W związku z tym że Litwini udali się spożyć zupkę, zaplanowaną inscenizację wycofania sie wojsk litewskich przejąć musiały ddzialy niemieckie pod zastępczym dowództwem rycerza na cisawym koniu, z pochodzenia Niemca, Dypolda Kokeritza von Diebera z Łużyc. Wycof (fot. poniżej) zakończył się zgodnie z planem na rogu Union Ave. i N12th Street.

Znaczenie wycofania podkreśla fakt że dobrowolnie zgłosili się do uczestnictwa w nim znamienici niemieccy rycerze: Godfryd von Hatzlfeld, Burchard Wobeke, Arnold von Baden i Werner Tettingen.

Podczas bitwy, chorągwie niemieckie wraz ze sprzymierzonymi wojskami polskimi rotacyjnie udawały się biegiem na spacerki w wyznaczone miejsca aby nie zanieczyszczać pola bitwy oraz aby nie narażać organizatora bitwy na horendalne koszty związane z płaceniem mandatów za załatwianie się w publicznych miejscach. A trzeba przyznać że mandaty za to nie są byle jakie w NY... Przeliczmy szybciutko: wojska było na placu około 66 tyś. po obu stronach - gdyby każdy wojskowy dostał mandat za wiadomo co to w sumie Tomek byłby w plecy jakieś lekką ręką licząć około $66.000.000 (słownie: sześćdziesiąt sześć milionów dolarów)... chłop by się chyba załamał...


Z drugiej, jaśniejszej strony, uczestnictwo w spacerkach było okazją dla obydwóch stron konfliktu do spotkań na neutralnym gruncie gdzie prowadzono ożywione dysputy polityczne oraz wypowiadano się z niepokojem na temat ekspansywnego budownictwa mieszkaniowego na Williamsburgu. W powrotnej drodze na pole walki częstowano się zapasami żywnościowymi. A to duszonymi podrobami, a to słoninką, a to kiełbasą jałowcową, a to smacznym Jarlsbergiem...

Zdarzył się też inny incydent: Oto na poniższym dagerotypie widzimy jak po porzuceniu swoich chorągwi, spragnione i rozproszone rycerstwo oddziałów czeskich, smoleńskich i mołdawskich udaje się (nie zważajac na jednokierunkowy ruch uliczny) w kierunku 79 N11th St. do Brooklyn Brewery w celu zrealizowania swoich oraz wyłudzonych od niepijącego rycerstwa kuponów na bezpłatne napoje chmielowe ufundowane przez wyżej wymieniony browar.


Zaden z kronikarzy obsługujących medialną stronę bitwy nie zanotowal powrotu tegoż rycerstwa do walki... przepadli ci oni bez wieści...

Cóż, konkludując bitwa była przepiękna. W związku z tym że tak prawdę walczono tylko "na niby", używając tępych mieczy, obyło się bez większych ofiar. Po bitwie służby sanitarne zebrały 46 worków powyrywanych kłaków, jakieś paznokcie i dosłownie śladowe ilości strzępów małżowin usznych. Póżnym popołudniem rozczłonkowane oddziały (niektórzy prowrocili jednak z Browaru...) plątają się bez celu po ulicach Williamsburga. Część znajduje ukojenie po całodniowej walce w okolicznych barach gdzie z zapałem komentują zakończoną bitwę. Co głodniejsi udają sie do Rajmunda na schabowego z kapustą. Większość jednak drepta nad brzeg rzeki obserwować zachód słońca nad Manhattanem. O czym myślą spoglądając hipnotycznie na pomarańczowe niebo? Czy zadają sobie egzystencjalne pytania w rodzaju: skąd przychodzimy?, kim jesteśmy?, dokąd zmierzamy? Tego nie wiemy i wiedzieć nie potrzebujemy. Pozostawmy ich z ich własnymi myślami chciaż raz w spokoju...
Dobranoc Państwu.


Na koniec fragment autentycznego sprawozdania (prawdopodobnie Zbigniewa Oleśnickiego) z tego co się działo po zakończeniu prawdziwej bitwy w roku 1410:
"Były nadto w obozie i na wozach pruskich liczne beczki wina, do których po pokonaniu wrogów zbiegło się znużone trudami walki i letnim skwarem wojsko królewskie, aby ugasić pragnienie. Jedni rycerze gasili je czerpiąc wino hełmami, inni rękawicami, jeszcze inni - butami..."